„Hamida z zaułka Midakk” Nadżiba Mahfuza urzekła mnie.  Akcja toczy się powoli, wręcz sennie, często czujemy się przytłoczeni afrykańskim gorącem buchającym w samym centrum Kairu. Ale może taka atmosfera jest najlepsza do snucia opowieści o ludziach. Do nieśpiesznego zastanowienia się nad ludzkim losem i chichotem losu, który wywraca życie, plącze i skazuje na… zapomnienie.

Najcudowniejszy w książce jest język. Autor pisze tak plastycznie, że przez kilka godzin byłem z nim w Kairze, siedziałem w malutkiej kawiarence, piłem kawę i przypatrywałem się ludziom. Nie dziwię się, że Mahfuz został uhonorowany Nagrodą Nobla. To jest pisarz przez wielkie „P”.

Pozwólcie, że przytoczę malutki fragmencik: „Och, wspomnienie mojego szczęśliwego dzieciństwa! Ciągle jeszcze mam w pamięci to miejsce na chodniku. Była tam dziura, gdzie zbierała się woda deszczowa albo z podlewania, albo uryna zwierząt. Na jej dnie było błoto, na powierzchni pełno much, a po brzegach różne odpadki. Cudowny widok! Mętna woda, a na jej brzegach śmiecie w najróżniejszych kolorach: skórki od pomidorów, kawałki pietruszki, piasek, błoto i muchy krążące wokół i siadające na tym wszystkim. Podnosiłem powieki ciężkie od much i błądziłem wzrokiem po tym moim wspaniałym letnisku, a świat nie mógł pomieścić mojego szczęścia.”

W najbliższym czasie planuję sięgnąć po kolejne książki Mahfuza. Może jakieś sugestie?

Artur Żak